Recenzja z koncertu G3


G3, Torwar - Warszawa, 13 lipca 2004

Wydarzenie na który tak wielu czekało z niecierpliwością, święto muzyczne dla kochających wirtuozerię gitarową i stary, dobry rockowy czad - Joe Satriani, Steve Vai i Robert Fripp występujący wspólnie pod szyldem G3, przybyli do Polski aby wystapić w ramach Warsaw Summer Jazz Days Festival. Tym razem do Joe i Steva dołączył ktoś kompletnie nie kojarzony z tego rodzaju popisówkami. Robert Fripp, bo o nim mowa, legenda awangardowego rocka, współzałożyciel i filar King Crimson, występował już raz z G3, ale jako muzyk supportujący. Tego typu trasa nie była więc dla niego wyzwaniem, natomiast była niewątpliwie nowością dla osób które pierwszy raz widziały dwóch słynnych wymiataczy na jednej scenie, w dodatku wespół z Frippem. Choć zdecydowana, jak myślę, większość widzów przyszła na Vaia i Satcha, w tłumie znaleźli się też tacy jak ja, którzy przybyli na Torwar z szacunku i podziwu dla pana Roberta i z czystej ciekawości, cóż on takiego robi w tym objazdowym cyrku.

Koncert rozpoczął się punktualnie, o godzinie 19. Dla publiczności była to widać pora zbyt wczesna, ponieważ przez kolejne pół godziny ludzie nadciągali mniejszymi i większymi grupami, szukali miejsc na trybunach i płytach. Pech chciał, że akurat na ten czas przypadł pierwszy występ tego wieczora, a mianowicie set Roberta Frippa. Ni stąd ni zowąd, na scenę wkroczył niepozorny starszy pan w okularkach, ukłonił się wszem i wobec - publika spod sceny skwitowała to oklaskami - a następnie udał się za swoje "zabawki" do wytwarzania cudownych dźwiękowych pejzaży ustawione w lewej części sceny i schował w półmroku. Od tej pory widziałam tylko Frippa cień. Na ekranie zawieszonym nad sceną pojawiły się kolorowe, psychodeliczne wzory, a Robert zaczął grać...Słuchanie jego soundscapes na żywo to niezwykłe uczucie. Nawet gwar i szum na sali nie byly w stanie mnie oderwać od tej płynącej, medytacyjnej rzeki dźwięków, która zdawała się nie mieć początku ani końca. Ale bajka potrwała zaledwie 20 minut (!), w czasie których ludzie nadal przybywali do Torwaru. Nie wszystkim też odpowiadał rodzaj muzyki zaproponowany przez Frippa i pod koniec usłyszeliśmy pierwsze gwizdy. Tym samym występ jednego z trzech członków projektu Joe Satrianiego dobiegł końca, ku memu zdumieniu (czemu tak krótko ?!) a uldze innych, bardziej niż ja ignorancko nastawionych widzów.

Trzeba tutaj powiedzieć jasno i dobitnie: soundscapes pasowały do G3 jak pięść do nosa, a zdecydowana większość uczestników imprezy nie miała pojęcia, kto zacz, co i na czym gra. Robert Fripp był tu ni mniej ni więcej a supportem, w dodatku niezbyt gorąco przyjętym.

Robert znikł za kulisami i na scenę wyszedł żwawym krokiem wysoki, bardzo szczupły, ubrany w jaskrawo seledynową koszulę Steve Vai. Zaczęło się spokojnie i lirycznie, od Whispering prayer wykonanym bez udziału muzyków akompaniujących na bajeranckiej, 3 - gryfowej gitarce (jednak nie na słynnym serduchu). Po Torwarze rozbrzmiewały potężne akordy, pojedyncze nuty i kaskady dźwięków. Steve grał naprawdę głośno i niestety, w miarę jak kawałek się rozkręcał, dało się słyszeć jak dźwięk irytująco sprzęga i rezonuje. Wkrótce do Steva dołączyły takie znakomitości jak basista Billy Sheehan i gitarzysta/klawiszowiec Tony MacAlpine. Vai przywitał się uprzejmie, przedstawił kolegów i dał wyraz swej radości z powodu przyjazdu do "beautiful city Warsaw". Cóż, kurtuazja, ale sympatyczna. Panowie zabrali się do dzieła. Muszę powiedzieć, że dawno nie porwał mnie tak żaden koncert, chwilami wręcz nie mogłam usiedzieć. Dawka ekspresji, radości i szaleństwa była powalająca. Wreszcie moje umęczone od dłuższego okresu słuchaniem rozmaitych "pokręconych połamańców" uszy usłyszały kawał solidnego i z wykopem zagranego heavy metalu i hard rocka. W powietrzu unosił się duch to Van Halen, Lee Rotha i Whitesnake, to Zappy - zgrywusa. Stevie boy nie zapomniał jak trzeba grać metal ! Ciekawe kompozycje, ciężkie, niesamowicie zrytmizowane riffy, a na ich tle solowe wycieczki gitarzysty w rejony niekoniecznie kojarzone z prostą, lekką i łatwą muzyczką rockową. Muzycy rozluźnieni, bawili się na całego swoim graniem, bawiąc i nas ! Vai nie jest jedynie super sprawnym instrumentalistą, to niesamowity showman, świetnie panujący nad otoczeniem dyrygent i aktor w jednej osobie. Wprawdzie nie zakrył gitary płaszczem ani jej nie roztrzaskał, lecz pokazał nam i tak szeroką gamę swoich słynnych sztuczek: "uśmiał się" na gitarze, wyścigował z grającym na dwie stopy perkusistą w "The Reaping", wreszcie grał jedną ręką na gryfie kolegi, który czynił zresztą to samo z gryfem sąsiada...Do tego taneczno - wężowe ruchy z białym Ibanezem w ręku, które niewątpliwie czyniły Steva intrygującym także w oczach nielicznych na sali przedstawicielek płci pięknej. Usłyszeliśmy między innymi The answer ze starej i wg wielu do dziś niepokonanej płyty "Passion and warfare". Swoje 5 minut miał Sheehan, żywiołowością nie ustępujący liderowi, oraz MacAlpine, który w zasadzie sam mógłby grać z G3 jak równy z równym. Perkusistę włożył w grę 100 % serca - gość nie mógł usiedzieć za swoim zestawem i naprawdę szkoda, że talerze zostały słabo nagłośnione. Ogólnie zespól towarzyszący zgrał się świetnie ze Stevem, tak więc nie był to teatr jednego tylko aktora. Pewnie dla osób które już tego aktora widziały, czy to na żywo, czy z dvd, od lat powtarzane tricki i gesty są nużące. Dla mnie jednak były one urocze, przezabawne, cała ta doza humoru i autoironii zrównoważyła na szczęście stronę stricte techniczną. Vai emanuje autentycznie pozytywną energią i rozumie jak ważny jest kontakt z publiką i dystans do własnych popisów - stąd jego afektowane i nieraz komiczne miny. Mac Alpine zaintonował na klawiszach Vaiowski temat nr 1, czyli dramatyczne For the love of god, co poniektórzy wyciągnęli zapalniczki... Wszystko co dobre ma swój kres. Po półtorej godziny rewelacyjny show dobiegł końca i udaliśmy się na krótką przerwę. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że dość mocno trzęsą mi się nogi J To się nazywa zrobić wrażenie...

Po takiej dawce działającego niczym antydepresant czadu, Satriani miał niełatwe zadanie. Swego poprzednika nie przebił pod względem scenicznego szaleństwa gdyż Vai niestety skradł mu show, natomiast zaskoczył - przynajmniej mnie - ciężkim, mrocznym brzmieniem. Zagrał sporo utworów z ostatniego albumu, "Is there love in space", ale sięgnął również po kilka starszych kompozycji, jak War, "Flying in a blue dream" czy zawsze ciepło przyjmowane Always with me, always with you. Jego muzykę odbieram jak bardziej osadzoną w tradycyjnym hard rocku, nierzadko ocierajacą się o bluesa, przez co może występ Satcha był spokojniejszy, choć w ekwilibrystyce nie ustąpił on na krok Stevowi. Jest to człowiek który koncentruje się na graniu, nie na błaznowaniu, co go odróżnia od Vaia. Muzycy Satrianiego byli tu zdecydowanie bardziej dodatkiem do Joe niż częścią całości. Przypuszczam że oglądając Satrianiego na samodzielnym koncercie, poza G3, doceniłabym bardziej jego umiejętności i melodykę. Trochę za dużo wrażeń na raz...Temperatura na Towarze opadła, aczkolwiek pod koniec występu Joe począł raźno podskakiwać wraz z basistą - czyżby radość z nadchodzącego jamu ? Tym razem nie było przerwy, Joe zakończył swoją część i wkrótce na scenę ponownie wszedł Steve Vai a za swoimi skrzynkami usadowił się Robert Fripp. I tu kolejna uwaga do akustyków: o ile brzmienie Satrianiego było o niebo bardziej wyraziste i selektywne niż Vaia, to w finalnym jamie gitara Roberta niestety ginęła w dźwiękowym piekle. Domyślam się że grał z kolegami riffy, ale to co najciekawsze, czyli zestawienie niepowtarzalnego stylu Frippa z wymiataniem jego towarzyszy, było trudne do wychwycenia. Kiedy gitarzyści grali jedynie riff, spoglądając jednocześnie w kierunku Roberta, był to znak że oto "niewidzialna ręka" gra solówkę :) Na pierwszy ogień w części jamowej poszedł "Ice 9" Satcha. Jak oni mogą tak się bawić podczas grania zachowując jednocześnie perfekcjonizm ? Jestem pełna podziwu. Joe zapowiedział kolejny utwór. We're gonna play a King Crimson song, called Red. Yeeeeeees!!!!! Mój pisk dzikiej radości - kawałek KC, czy ja śnię ? A jednak, humorzasty władca Karmazynowego Królestwa zgodził się zagrać swoje dzieło z Vaiem i Satchem. Czy ktokolwiek mógłby to przewidzieć w najśmielszych marzeniach ? Na dodatek "Red" został poprzedzony kilkoma dźwiękami z In the court of the crimson king. Co panowie zrobili z tego kawałka, wiedzą tylko ci co to słyszeli na własne uszy. Ja powiem jedynie, że ci którzy nie znają dorobku Crimów, słysząc "Red" mogli ich wziąć za protoplastów ekstremalnie ciężkiego metalu. I pomyśleć, że twórcą tego kawałka jest ów chowający się w cieniu, skromny człowiek, podczas występu którego tak wiele osób chodziło, rozmawiało, pogwizdywało, robiło zdjęcia wbrew wcześniejszym zakazom. Co znaczy znakomita kompozycja - nic nie ujmując Stevovi i Joe, życzę im z całego serca aby popełnili kiedyś tak wyrazistą, pełną mocy, demoniczną rzecz jak Red. Dla tej chwili warto było wybrać się na Torwar, zwłaszcza że wreszcie do głosu doszedł Fripp i zagrał wyborne, jadowite solo.

Po arcy - mega - metalowym coverze KC, przyszła kolej na powrót do bardziej znanych publiczności klimatów. Ludzie byli już zmęczeni, rzeźnia trwała w końcu od dobrych trzech godzin. Joe i Steve ścigali się solówkami, do przesady przeciągając dźwięki przez co całość robiła się trochę nużąca. Dotrwałam mimo to dzielnie do finału, który został zwieńczony kawałkiem Neila Younga Rockin' in the free world - podobnie jak na ostatnio wydanej koncertówce G3 z Malmsteenem. Panowie zagrali go trochę jakby bez wcześniejszej werwy. I finito - stanęli w szeregu, ukłonili się zgrabnie, jednak Fripp nie wyszedł się ukłonić. Nieładnie z jego strony. Bisów nie było, a publiczność jakoś niespecjalnie długo klaskała. Ja bym też nie bisowała dla takich niemrawców - żeby przy muzyce dającej nieludzkiego kopa, siedzieć jak kołek ? Coś niepojętego.

Przed koncertem miałam mnóstwo wątpliwości. Co zagra Fripp, czy zagra faktycznie z nimi na jednej scenie, jak zagra ? Nie ukrywam, że pojechałam tam specjalnie dla niego, nie było mi bowiem dotąd dane widzieć King Crimson. Pozostałych "G" postanowiłam obejrzeć jako swoiste kuriozum w czasach gdy nie ceni się umiejętności i wrażliwości muzycznej, zwłaszcza że słyną z tych pierwszych a zarzuca im się brak tego drugiego. Jeśli mam oceniać koncert pod kątem udziału RF, jestem rozczarowana tym że jego solowy występ był tak krótki. Robert podobno doszedł do wniosku że "soundscapes work for G3 for 20 min". Tym samym obejrzeliśmy widowisko złozone nie z trzech, a z dwóch muzyków. Stwierdzam, że Robert Fripp jako trzeci element G3 to nieporozumienie. Niechby zagrał sam w klubie dla 150 osób, które przynajmniej wiedziałyby na co idą. Sound manowi natomiast ktoś powinien przetrzepać skórę za wyciszenie gitary RF podczas jamu. Swoją drogą tolerancja Torwaru na taką ilość decybeli została ewidentnie przekroczona. Nie potrafię nadal odpowiedzieć na pytanie, co Roberta skłoniło do udziału w G3. Czyżby zapragnął się sprawdzić w konfrontacji ze słynnymi, zdolnymi i inteligentnymi muzykami, których najwyraźniej szanuje mimo uprawiania zgoła odmiennej stylistyki ? A że w ogóle nie zechciał z nimi konkurować na scenie, to już inna sprawa.

Moje rozczarowanie zostało na szczęście złagodzone przez zachwycający, nieziemski popis Vaia. W ogóle nie byłam zwolenniczką twórczości tego pana, kiedyś, dawno temu, słyszałam coś piąte przez dziesiąte z płyty Sex and religion i tyle...Po tym koncercie nie mam już wątpliwości że jest to geniusz. Błyskotliwy, nieludzko zręczny, 100 % zwierzę sceniczne. Koniec, kropka. Joe Satriani na pewno zasługuje na peany na swą cześć bo wyciska ze swej gitary wszystko co możliwe i niemożliwe w konwencji rocka, jednakowoż dla mnie Vai jest bardziej interesujący ze względu na widowiskowe i eksperymentalne podejście do tej prostej w końcu muzyki. Ciekawe, czy nieodżałowany Frank Z. spogląda gdzieś z góry na swego "wychowanka" ? Żal nieco, że nie usłyszeliśmy przeróbek Hendrixa, wszystkiego jednak mieć nie można. Cieszmy się i radujmy, że muzycy z najwyższej z najwyższych półek trafili pod egidę Warsaw Summer Jazz Days, obejmującego jak widać i nie jazzowe odmiany instrumentalnej sztuki. Takich przeżyć życzmy sobie jak najwięcej i oby inni ambitni artyści uwierzyli że jest dla kogo przyjeżdżać do Polski.

Ave G3, long live the Crimson King !



Marble
G3 G3 G3 G3