Niezapomniane płyty historii rocka - Larks' Tongues In Aspic


Gdy dziś w trudnych chwilach dopadnie i przerazi nas nasza rzeczywistość, zdarza się, że zaczynamy wspominać "stare dobre czasy". Czasy w któych widmo utraty pracy nie zatruwało każdej chwili, kiedy nie brakowało ciągle na wszystko, gdy obowiązywała jeszcze słodka zasada "czy się stoi, czy się leży, dwa patyki się należy". I im jest gorzej, tym bezpieczniejszy i piękniejszy wydaje się nam tamten miniony świat. Ale to tylko efekt zastawionej na nas przez pamięć pułapki. Bo ona ma to do siebie, że zachowauje to co dobre, a to co złe odrzuca. To po prostu mechanizm obronny. Działa on jednak najcześciej przy uogólnieniach, gdyż kiedy zaczynamy przypominać sobie "szczegóły", to wtedy przeszłość przestaje nam się wydawać już tak różową.

Dlaczego to wszystko wspomniałem? Ano dlatego, że niedawno, mając powody do niepewności, dałem się właśnie w ten sposób oszukać. Ale tylko na moment, bo szybko, dzięki przygotowaniu tej opowieści, przypomniałem sobie kilka "drobiazgów" typowych dla tamtej epoki.

W latach 60. i 70. nie można było w Polsce kupić płyt z tak przez nas kochaną światową muzyką rockową. Nikt ich oficjalnie nie sprowadzał, ani też nie produkował (poza tzw. pocztówkami grającymi). Cóż więc nam pozostawał? Albo ściąganie płyt przez jakis znajomych lub rodzinę, albo zakupy z "drugiej ręki". Tego jednak nikt nie lubił. Bo oznaczało to, że longplay, który tak bardzo chciało się mieć, ktoś inny już wcześniej odtwarzał. A więc pewnie go mniej lub bardziej uszkodził. Bowiem "analog" raz puszczony na gramofonie z choćby lekko uszkodzoną igłą w przetworniku, zaczynał od razu trzeszczeć. Dlatego tak ceniliśmy tzw. "dziewice", krążki jeszcze nietknięte, zafoliowane.

Z tego powodu, tacy jak ja miłośnicy czystego dźwięku korzystali z każdej sposobności, aby sprowadzić sobie nowy egzemplarz upragnionego albumu. Do tego jednak potrzebni byli zaufani, podróżujący za granicę przyjaciele. I ja takiego miałem. Znanego, często wojażującego po świecie krakowskiego muzyka. Był tak miły, że nigdy nie odmawiał pomocy. Rok 1973. Telefon do pana Janka: -Mam prośbę. Proszę, niech mi pan przywiezie ostatni studyjny longplay KING CRIMSON. Tak, tak, ostatni.

Od tej chwili pozostało już tylko czekać. Minęły dwa tygodnie. Wreszcie upragniony telefon: -Jureczku, mam coś dla ciebie. W pół godziny zdyszany byłem na miejscu. Pan Janek dał mi płytę. Oniemiałem. A cóż to?

Miał mi przecież przywieść ostatnie, czwarte wydawnictwo, jak mi się wtedy wydawało - już nieistniejącego zespołu. A tu zamiast longplaya Islands trzymałem w ręku jakiś, według mojej ówczesnej wiedzy, nie istniejący album. Na okładce frapujące graficzne połączenie słońca i księżyca. Żadnych napisów. Na szczęście po jej odwróceniu przeczytałem: King Crimson - Larks' Tongues In Aspic. W niecałą godzinę później z drżącym sercem położyłem krążek na talerzu gramofonu. Co słyszę?

Jakiś dziwny, afrykański instrument, chyba marimba. Dzwonki i pełno rozsypanych perkusyjnych dźwięków. Gdzieś szaman gra na piszczałce. Ktoś chyba tańczy rytualny taniec. Muzyka tak cicha, że nieopatrznie zgłośniłem wzmacniacz bardziej niz zwykle. Pojwiają się skrzypce, przejżyste jak kryształ i przerażająca gitara. Nagle czołg wjeżdża mi do pokoju. To potwornie ciężka, miażdżąca wszystko sekcja rytmiczna. Dwa światy: delikatny - etniczny i drapieżny - elektryczny. Który zwycięży? Walka trwa 13 minut (Larks' Tongues In Aspic - Part II).

Przychodzi ulga. Robi się pięknie. Tęskne skrzypce i puszczone do tyłu solo gitary. Wreszcie pojawia się śpiew. Ciepły, męski (Book Of Saturday). Przez kolejne minuty nic się nie zmienia, dalej jest lirycznie i marzycielsko. Słodka ballada (Exiles. Czy będzie tak dalej? Niepodobna. Znów ktoś włączył jakąś skomplikowaną maszynę. Tym razem piłę tarczową. Riffy i potwornie skomplikowany podkład perkusji. Nad nim dziwnie melodyjny, prawie przebojowy śpiew (Easy Money). Szyderczo śmieje się śmieszek, zaczyna wiać wiatr. Powoli, monotonnie narasta hipnotyczny rytm. Bębny stają sie najważniejsze. Nic dziwnego, to przecież The Talking Drum.

Pisk. Ktoś przez uszy i mózg przeciąga sznurkiem wysokich dźwięków. Potwornie ostre, heavymetalowe riffy gitary. Kakofonia pełna drapieżności i nerwów. Napięcie sięga zenitu. Tak ciężko na świecie nie gra chyba nikt. To druga część tematu tytułowego. Nagle cisza. Siedze oszołomiony. Już wiem, jako jeden z pierwszych w Polsce, usłyszałem jedną z płyt wszech czasów.

Robert Fripp znowu otworzył jakieś drzwi. Tylko ku czemu? Ku klasyce (skrzypce)? Ku muzyce etnicznej (instrumenty perkusyjne)? Ku hardrockowi (gitara)? Myślę, że i tu, i tu, i tu. I jeszcze (co później pokaże równie wspaniały longplay Red) ku wyzwoleniu najgłębiej skrywanych emocji. Ku muzycznemu samooczyszczeniu.

Płyta tak przytłacza swoją totalnością, że nie zauważa się nawet własnego zachwytu dla jej szczegółów. Dopiero, gdy słucha się jej po raz kolejny można docenić wspaniałość melodii, perfekcję gry, szaleństwo aranżacji i geniusz techniczny realizacji.

A przy kazdym następnym jej przesłuchaniu pojawiają się nowe odkrycia. Wiem co pisze. Słyszałem ją ponad sto razy.

Autor: Jerzy Skarżyński
Radio Kraków