W prawie czarnej okładce płyta o tytule koloru krwii. Red - czerwony. Czerwień jest piękna i groźna zarazem. Jest jak miłość, którą symbolizuje. Czasem łączy rozkosz i ból. Fascynuje, zachwyca, podnieca, ale też rozdrażnia, wywołuje napięcie i stres. Próżno przy niej szukać spokoju, wytchnienia, relaksu.
Taki też jest Red, album będący rewelacyjnym zamknięciem drugiego rozdziału wielkiej księgi historii rocka pt. King Crimson. To trzeci, a zarazem ostatni element tryptyku obejmującego najwspanialsze dzieła tego zespołu, longplay'e Larks' Tongues In Aspic, Starless And Bible Black i właśnie Red.
5, 4, 3... Pięciu, czterech, trzech - tak w czasie powstawania tych płyt, z tytułu na tytuł zmieniał, a raczej zmniejszał się skład grupy. Bo Larks'... nagrało pięciu, Starles... - czterech, a Red - oficjalnie już tylko trzech muzyków. Oficjalnie, gdyż tak naprawdę przy jego tworzeniu i rejestracji pracowało większe grono instrumentalistów.
Kiedy wiosną 1972 r. lider King Crimson Robert Fripp rozwiązał ostatni skład pierwszej edycji zespołu, wydawało się, że to już definitywny jego koniec. Na szczęście okazało się że te przypuszczenia nie były trafne. Już w lipcu bowiem, w zupełnej tajemnicy zaczeły się w Londynie próby kolejnej mutacji tej grupy. Tym razem w przeciwieństwie do pierwszego okresu jej działalności ('68-'72), kiedy to przewijali się przez nią muzycy właściwie wczesniej nieznani, trzon tego nowego King Crimson został oparty na prawdziwie już popularnych, znakomitych instrumentalistach.
Poza Frippem byli to: wywodzący się z grupy The Family basista i wokalista John Wetton oraz Bill Bruford, do niedawna jeszcze perkusista Yes. Obok tej wielkiej trójcy do formacji weszli jeszcze dwaj muzycy 'znikąd'. Pierwszym z nich był, jak się okazało, wspaniały skrzypek David Cross, a drugim, obdarzony niezwykłą intuicją, grający na instrumentach perkusyjnych Jamie Muir. Ta piątka stworzyła wydany w 1973 roku album Larks' Tongues In Aspic. Zaraz potem Muir obwieścił, że rezygnuje nie tylko ze współpracy z zespołem, ale także z muzyki i... podobno wstąpił do klasztoru [Klasztor ten znajduje się w Szkocji. Przed wstąpieniem Jamie sprzedał wszystko co posiadał i został mnichem - przypis mój :), czyli autora strony].
W tej sytuacji kolejny longplay nagrali we czwórkę. Ten krążek nieco rozczarował. Brakowało mu świeżości i siły. Nie najlepiej przyjęli go zarówno krytycy, jak i publiczność. Muzycy też sobie zdawali z tego sprawę. A u tak wielkiego perfekcjonisty jak Fripp musiało wywołać jakąś reakcję. I stało się - skład grupy został zredukowany do tria. Ta decyzja jednak nie była efektem 'kozła ofiarnego', czyli kogoś, na kogo by zrzucić winę za niepowodzenie, lecz wynikała ze świadomego wyboru.
Otóż Fripp w charakterystyczny dla siebie sposób postanowił, że jego zespół znów pójdzie w zupełnie innym kierunku. Tym razem postawił na siłę, emocje i energię. A przy takim założeniu tak delikatny i liryczny instrument, jakim są skrzypce, w pierwszej chwili wydawał się mu zbyteczny. Dlatego zrezygnował z Crossa. To, co zrodziło się wówczas w głowie lidera grupy, było do pewnego stopnia kontynuacją tego, co pojawiło się wczesniej w finałowej części Larks'... - twardo, ostro i ciężko.
Ale Fripp nie byłby jednak sobą, gdyby poprzestał jedynie na zmianie kierunku. On musiał go jeszcze rozwinąć. Nie dość, że King Crimson tym razem zagrał jeszcze twardziej, jeszcze ostrzej i jeszcze ciężej, to dołączył do tego niezwykłą nerwowość i coś co można określić słowem 'bród'. Muzyka zatraciła charakterystyczną dla siebie sterylność oraz przejrzystość i została nagrana w taki sposób, w jaki dwadzieścia lat później rejestrowało się grupy grające 'grunge'. Przez to słuchana dziś potrafi poruszyć każdy nerw. Nieomal do bólu. Bez litości.
Wszystko, co napisałem o albumie Red, dotyczy przede wszystkim utworów nagranych przez podstawowy skład zespołu. Bo Fripp z właściwą dla siebie intuicją zaprosił do jego nagrania kilku gości, muzyków 'z przeszłości' grupy. Pojawili się: współzałożyciel formacji - Ian McDonald, a także Mel Collins, Robin Miller, Marc Charig i... David Cross. I to ich gra na instrumentach dętych (pierwsza czwórka) i skrzypcach (Cross) stała się łącznikiem między rock-jazzową przeszłością King Crimson, a jego ówczesną, prawie hard-rockową teraźniejszością.
Efekt okazał się wspaniały, a w jednym fragmencie wręcz genialny. Bo stanowiący finał płyty, 12- minutowy utwór Starless to obok Epitaph najwazniejsze dzieło, nie tylko w dorobku Crimsonów, ale także w całej historii wielkiego rocka.