Konferencja prasowa z Robertem Frippem, 17 marca 2000, klub "Akwarium", Warszawa


Michał Florczak

Po prostu wyłonił się zza grupki oczekujących go w tyle sali fanów. Swobodnie minął stoliki przy których zdążyli już zasiąść dziennikarze. Ja miałem okazję siedzieć bardzo blisko. Tuż na wprost artysty. Do konferencyjnego stołu podszedł dystyngowany starszy mężczyzna w białej koszuli, długiej, niebiesko-białej szacie, usiadł, poprawił okulary. O nowym albumie mówił niewiele. Rozmowa z dziennikarzami toczyła się zresztą w zupełnie innym kierunku. Spotkanie z Robertem Frippem trwało blisko półtorej godziny - to dużo jak na człowieka w opinii wielu - nieprzystępnego, chłodnego, unikającego dziennikarzy. Tymczasem Robert Fripp zaczarował wszystkich swą niezwykłą serdecznością, a przede wszystkim sobą. Przez cały czas domagał się "burning questions" a więc pytań palących - takich, które rodzą się gdzieś tam, głęboko. Zazwyczaj po takim pytaniu następowała chwila ciszy,...czasem bardzo długa, ale zaraz potem pojawiała się niezwykle przemyślana wypowiedź. Już pierwsza z nich była niezwykle wyczerpująca.

Dziennikarz: Otwierają się drzwi 21 wieku. Czy Robert nagrywając 21st Century Schizoid Man przewidywał jak będą wyglądały obecne czasy?

Robert Fripp: W 1969 roku czterech młodych muzyków oraz autor tekstów spotykali się każdego wieczoru w piwnicy pewnego domu. Ich sukces na polu muzycznym był niezwykle ograniczony. I dopiero w roku 71-ym mogłem bez obawy wydać jednego funta na jedzenie. W 1969 roku nie mieliśmy żadnego pojęcia o tym, że jako King Crimson możemy odnieść sukces. Ale wiedziałem, że przynajmniej zarobimy na chleb, bo rzeczywiście ciężko pracowaliśmy. 30 funtów tygodniowo dla kawalera i 40 funtów dla żonatego członka zespołu. W 1978 roku opuściłem przemysł muzyczny, częściowo w związku z obawami, jakie żywiłem co do przyszłości. Patrzyłem w przyszłość z przerażeniem. Miałem wtedy wrażenie, że rok 92 będzie dla świata niezwykle ciężki. Może gdybym mieszkał trochę dalej na wschód od Anglii, moje najgorsze przewidywania co do lat 90-tych sprawdziłyby się. Jednak już w 1978 roku patrzyłem w przyszłość w sposób bardziej dojrzały. Pisałem wtedy wkładkę do albumu Exposure i spisałem wówczas pewne cele, które musiałem osiągnąć. Każdy co 3 lata. W czterech etapach. Spoglądając przez ramię tego młodego Frippa - na pewno młodszego niż Fripp, który siedzi dziś przy tym stole - że udało mu się wtedy spisać program pracy na 12 następnych lat. Określone zadanie musiało zostać wykonane w ciągu 3 lat, aby móc przejść dalej do następnego etapu, a w końcu by osiągnąć rok 90-ty. Zadziwiające, że dokładnie co 3 lata przechodziłem do następnego etapu. Jednak po koniec lat 80-tych nadal nie miałem żadnego sprecyzowanego planu na rok 90-ty. W 1989 zacząłem się zastanawiać: dlaczego? I nagle stało się to dla mnie jasne. Każdy proces twórczy jest twórczy z definicji. Za każdym razem jest czymś zupełnie nowym. Czymś, czego nie można przewidzieć. Jeśli możesz opisać przyszłość, zatem przyszłość nie jest twórcza. Jeśli więc dla artysty istanieje prawdziwa twórcza przyszłość, nie można określić formy jaką przyjmie. W 1990 upadł mur berliński. Jeśli młody muzyk w 1978 roku przewidziałby te wszystkie potężne zmiany jakie zaistniały w Europie Wschodniej, byłby pewnie uważany za jeszcze większego ekscentryka, niż tego, jakim według prasy muzycznej był do tej pory. Od 91 roku udaje mi się wybiec w przyszłość nie dalej niż od 3 do 6-ciu miesięcy. Ten okres - od 3 do 6-ciu miesięcy jest dla mnie najważniejszy. Później przechodzę do następnego etapu. Tak więc w chwili obecnej nie przejmuję się za bardzo tym co stanie się za 10 lat. Bardziej przejmuję się następnymi 6-ma miesiącami. To długa odpowiedź na krótkie pytanie.

D: Problem zawodowego muzyka polega na tym, że zawsze analizuje to, czego słucha. Analizuje rytm, analizuje harmonię. Właśnie tego problemu dotyczyło jedno z pierwszych pytań zadanych artyście. Czy Robert Fripp wciąż potrafi słuchać muzyki sercem?

R.F: Jeżeli brak ci słuchu muzycznego, jeżeli brak ci poczucia rytmu - nie ma problemu. Kiedy zaczynałem grac na gitarze, a było to 24-go grudnia 57-go roku, nie miałem ani słuchu, ani poczucia rytmu. Tak więc dziś nadal mogę cieszyć się muzyką. Po prostu przestawiam uszy na rok 57-my.

D:Wszyscy mamy jakieś inspiracje. Jak zmieniały się pańskie inspiracje na przestrzeni lat?

R.F: Muzyka jest niewyobrażalnie łaskawym impulsem. Impulsem, który wykracza poza nasze pojmowanie realnego świata. Aby do tego świata się przedostać, ten impuls musi zostać ubrany w dźwięk. Możemy słuchać muzyki i dostrzec od razu, że to wspaniała szata, ale może być i tak, że nikogo pod nią nie znajdziemy. To może być muzyka profesjonalna, ale....to nie wystarcza. Gdy życie staje się trudne, to po prostu nie wystarcza. Każde pokolenie posiada jednostki, które biorą na siebie odpowiedzialność za skrawanie tych ubrań. Jednych muzyka prosi o głos, zaś innych - prosi o uszy. Tak więc myślę, że mógłbym wymienić muzyków, dzięki którym - kiedy byłem młody - połączyłem się z sercem muzyki.

W tym miejscu pojawiły się już konkretne nazwiska. Ale one pojawiły się w takim kontekście, którego podejrzewam nikt na sali nie spodziewał się usłyszeć:

Little Richard, Jerry Lee Lewis, Elvis Presley.....Jerry Lee Lewis! Nie mogłem pojąć....nie mogłem pojąć skąd tyle energii w grze na pianinie....a potem gdy dorosłem zrozumiałem: On myślał penisem. Elvis Presley? Czy muzyka spływała na niego z nieba na rydwanach ognia grzmiąc mu do ucha dźwiękiem złotych trąb? Nie - on też myślał penisem. Nie wiem jak to było z Little Richardem, ale....Chuck Berry! Aaaah! Chuck Berry....z nim....było dokładnie tak samo.

Przez cały czas mieszał humor z powagą, powagę z błahostkami. Sprawiał wrażenie siedzącego przy kominku gawędziarza... W pewnym momencie z sali padło dość nietypowe pytanie, którego Robert Fripp chyba się nie spodziewał. Pytanie dotyczyło jego relacji z Bogiem.

D: Gdy słucham muzyki, w moim wnętrzu dużo się dzieje. Kiedy słucham twojej muzyki, mam wrażenie, że chcesz wyrazić wdzięczność i wspaniałość naszego Stwórcy. Jaka jest twoja relacja z Bogiem?

Artysta był wyraźnie zaskoczony tak natchnionym pytaniem.... Jaka jest relacja Frippa z Bogiem?!

R.F: Wkrótce zadzwonię do Adriana Belewa i powiem: "Adrian, słuchaj - byłem w Polsce na konferencji prasowej związanej z nowym albumem King Crimson." Wtedy on zapyta: "A jakie były pytania?" No i będę musiał mu powiedzieć: "Mówiłem o moich relacjach z Bogiem!"

Po żywiołowej reakcji zgromadzonych Robert spoważniał i przez długą chwilę nie mówił nic. Okazało się, że postanowił podejść do tego pytania w zupełnie inny sposób i była to chyba jedna z najbardziej przejmujących odpowiedzi jakich wówczas udzielił.

R.F: Gdy stajemy twarzą w twarz z muzyką, być może udaje nam się przez ułamek sekundy dostrzec to, co kryje się za muzyką...Coś.....tak delikatnego.....jak mgiełka...Nic już wtedy nie jest takie samo. Nie powinniśmy pytać "Co to jest?", ale "W jaki sposób możemy stanąć twarzą w twarz z muzyką". Wtedy sami poznamy prawdę.

D: Trey Gunn wyznał, że Fripp wybiega zawsze do przodu. Chciałem zapytać, jak to teraz wygląda. Jak daleko wybiega pan w przyszłość?

R.F: Od trzech do sześciu miesięcy. [ śmiech ]

D: Powiedział pan kiedyś, że Bill Bruford zapewnia równowagę pomiędzy amerykańskimi i brytyjskimi wpływami w muzyce King Crimson. Jak na tej nowej płycie wyglądaja te proporcje w sytuacji, kiedy Billa nie ma w zespole?

R.F: Trzy wpływy amerykańskie, jeden brytyjski. Czy to sprawia różnicę? Tak. Nie mam nikogo po swojej stronie. Ale jesli chodzi o przyszłość zespołu, drzwi nadal są otwarte dla Tony'ego i Bill'a. Sytuacja może więc powrócić do poprzedniego stanu: z trzech do jednego, lub trzech do dwóch.

D: Dlaczego zgodził się pan na taką trasę "press tour" znając pana niechęć do dziennikarzy?

R.F: Ja się na nią nie zgodziłem. Poprosiłem Virgin by to zorganizowali. To ja otrzymałem zgodę od nich.

D: Przekazuje pan swoją wiedzę swoim uczniom. Czy kieruje ich pan w stronę grania właśnie pochodzącego z serca, czy może są jakieś inne kierunki, które są ważniejsze, które uważa pan za ważniejsze w nauce.

R.F: Pytanie, jak sądzę, dotyczy programu Guitar Craft. 25 marca, Guitar Craft będzie obchodziło 15-tą rocznicę powstania. Od tego czasu w kursach wzięło udział około 1200 studentów z czterech kontynentów, a za dwa tygodnie lecę do Argentyny, by wziąć udział w organizowanych tam zajęciach. W Guitar Craft nie jestem nauczycielem - jestem instruktorem. Bycie nauczycielem to wielka rzecz. A ja jestem nieduży. Od dobrego nauczyciela spodziewamy się przede wszystkim tego, że zapozna on nas ze swym przyjacielem - muzyką. Prawdopodobnie spotkaliśmy już muzykę osobiście. W przeciwnym razie nie zwracalibyśmy się do nauczyciela. Jednak to właśnie nauczyciel sprawi, że więź z muzyką będzie silniejsza i zapozna nas z efektywnymi technikami i ćwiczeniami, tak byśmy mogli tę znajomość rozwijać. W Guitar Craft moim główną rolą jest zapoznanie studentów z odpowiednimi technikami i serią ćwieczeń, tak aby po upływie 2 lub 3 lat, podstawy gry na gitarze pozostawały na całe życie. Jeżeli student dysponuje dobrą techniką i posiada głęboką więź z muzyką, dopiero wtedy może posłuchać własnego głosu. Tak więc muzyka jaką grają jest ich, nie zaś moja. Pokazuję im jak grać na gitarze, a nie jaką grać muzykę. To wykracza poza kurs. Sposób w jaki trzymam kostkę, pokazuje jakie życie prowadzę. Gdy studenci przychodzą do mnie, a do tej pory miałem okazję oglądać około 1200 doprawdy okropnych dłoni, i gdy siadają na przeciwko mnie, widząc jak trzymają kostkę, wiem jakie życie prowadzą. Tak więc, jeśli ukłożę ich rękę na nowo, prędzej czy później ich życie ulegnie zmianie.

9-go czerwca King Crimson wystąpi w poznańskiej arenie, 10-go i 11-go czerwca w Warszawie, w teatrze Roma. Gdy zapytano Roberta Frippa dlaczego zdecydował się na brak tzw. "supportu" przed koncertami King Crimson, artysta najpierw szczerze się zdziwił...

R.F: Dlaczego nie będzie supportu - nie mam pojęcia... Pierwszego maja spotykamy się w Nashville - Pat Mastelloto, Trey Gunn, Adrian Belew i ja, gdzie omówimy zestaw utworów wykonywanych podczas tej trasy. Adrian Belew może stanowić support - to jedno wyjście, inne to support w moim wykonaniu. Dlaczego nie? Soundscapes - zawsze przecież mogę wyjść na scenę i pobrzęczeć trochę moją gitarą... Jeszcze nic nie wiemy. To co wiemy na pewno - jeśli tylko w przypadku King Crimson można coś wiedzieć na pewno - to fakt, że jest to nowa grupa z nowym materiałem. Obecnie nie rozważamy możliwości grania utworów sprzed roku 94-go. Tak więc jeśli ktoś z was, lub waszych przyjaciół, być może matek, wujków lub kuzynów bardzo lubi stare King Crimson, będzie lepiej jeśli sięgną po płyty i posłuchają ich w zaciszu domowego ogniska. Dlatego, że jeżeli przyjdą na koncert oczekując starszego materiału, nie będą w pełni uczestniczyli w tym wydarzeniu. Jeśli jednak pragną ujrzeć nowy zespół i posłuchać nowej muzyki, czekam na nich z niecierpliwością.

D: Chciałbym zapytać cię o twoje wspomnienia współpracy z Brianem Eno. Czy istnieje możliwość ponownej współpracy z nim w przyszłości?

R.F: W styczniu Otrzymałem od Briana e-mail. Wcześniej dostałem kartkę na święta, natomiast w styczniu Brian wysłał mi e-mail z propozycją, byśmy umówili się na lancz. Napisałem mu: "Będę w Anglii na początku lutego, wtedy się wybierzemy." Od tego czasu bez przerwy podróżuję. Moja żona przez wiele lat sugerowała, że mam w Stanach drugą rodzinę. Jeśli mówi tak moja żona, lancz z Eno będzie musiał poczekać jeszcze jakiś miesiąc lub dwa. Bardzo się cieszę na spotkanie z Brianem. Zawsze ceniłem naszą znajomość. Praca z Eno zawsze była doskonałą zabawą. Eno nigdy nie czuł się zagrożony przeze mnie jako muzyka. I zawsze zachęcał mnie, bym parł do przodu. To samo dotyczy Davida Bowie. Pracowałem również z muzykami i nie-muzykami, którzy tak naprawdę nie chcieli, bym ujawniał wszystkie swoje możliwości. Dziwne, ale prawdziwe. Praca z Eno zawsze będzie dla mnie okazją by dalej się rozwijać, jak i by trochę się przy tym pośmiać. Fripp i Eno wyruszyli kiedyś w trasę. Była to jednotygodniowa trasa. W maju 1975 roku. graliśmy w Madrycie, w Barcelonie i kilku miastach we Francji. Podczas pierwszego występu we Francji wygwizdano nas. Coś wspaniałego. Wspaniałe, że publiczność może reagować tak żywiołowo. Gdy gwizdy stały się tak głośne jak muzyka - wyszliśmy. Brian popatrzył na mnie, ja zerknąłem na niego, opuścił suwaki w dół....wyszliśmy.

W końcu, przyszła pora i na moje pytanie. Przez chwilę poczułem na sobie wzrok tych kilkudziesięciu osób zgromadzonych w niewielkim pomieszczeniu warszawskiego "Akwarium" gdy Robert zwrócił się do mnie jako do "siedzącego z przodu poważnego, inteligentnego gentlemana"... Zapytałem mistrza o okoliczności lub czynniki jakie muszą zaistnieć, by koncert stał się dla artysty przeżyciem unikalnym, przeżyciem na długo zapadającym w pamięć.

R.F: Musisz tam być... Musisz tam być. To...takie łatwe do wykonania. Czy jesteśmy tu teraz? Oczywiście, że tak. Jesteśmy świadomi przepływu krwi w naszej prawej ręce, wyczuwamy obecność życia w tym zwierzęciu jakie zamieszkujemy, jesteśmy świadomi własnego oddechu. Unosi się ponad górną wargą płynąc ku naszym nozdrzom. Jesteśmy świadomi faktu, że słyszymy co najmniej w stereo - słyszymy ruch uliczny na zewnątrz, a jeśli posłuchamy uważniej, być może wyczujemy również delikatne drgania tej ściany. Zakładając, że muzyk i publiczność są obecni, możemy zwrócić się ku przestrzeni. Czy współgra ona z aktem muzyki. Na przykład stadion....zbudowany dla muzyki?......Może?.....A Sala kongresowa w Warszawie? Jestem pewien, że wuj Józef miał na myśli najwyższe dobro swych polskich przyjaciół, kiedy zbudował ją dla nich jako podarunek. Nie wiedział jednak, że nie jest to najlepszy prezent dla mnie.

A na pytanie: "Dlaczego Robert bardzo chciał przyjechać tu raz jeszcze? Dlaczego tak bardzo się starał, by tym razem znaleziono w Warszawie mniejszą sale?"

R.F: By zadośćuczynić wydarzeniu, które miało miejsce prawie 4 lata temu. A to dlatego, że Polacy zasługują na coś lepszego. Nikt nie przyjeżdża do Polski....Hej, to ten mały kraj na końcu Niemiec, nieprawdaż? Dopóki się go dobrze nie pozna jest to częsty punkt widzenia, ale nie jest on mój. Tak więc muzyk jest obecny całym sobą, publiczność jest obecna całą sobą, a także przestrzeń wraz z określoną tradycją wykonywania tam muzyki. Gdy wchodzisz do budynku z tradycją, wyczuwasz coś, co jest tam już od dawna. Coś, co na ciebie czeka. Mówiąc metaforycznie: jest tam pewna forma elektryczności, która czeka, byś się do niej podłączył. Tak więc publiczność jest obecna, muzyk jest obecny, a w pewien subtelny sposób obecna jest również sama przestrzeń. Jeśli grasz na stadionie, zajmie ci sporo czasu przezwyciężenie energii tej tradycji, jaką jest np. gra w baseball. Nie mam nic przeciwko baseballowi, ale nie jest to energia, która sprzyja graniu muzyki. Pozostaje zatem czas i wszystkie jego subtelności.

D: Czy było coś odmiennego w graniu rocka w 69 roku i roku 70-tym?

R.F: Jak najbardziej. To były zupełnie inne światy. Coś nie dało się przełożyć. Ale zaraz potem coś ruszyło ponownie i niestety - z bólem serca obserwowałem jak to coś podąża w złym kierunku. Z bólem serca. Młodzi ludzie ogarnięci chęcią sławy, bycia kimś wielkim....ale, muzyka jest łaskawą obecnością przez cały czas dostępną każdemu - publiczności, muzykom, i czasoprzestrzeni. Czego jeszcze potrzeba? - tym miejscu Robert Fripp przyłożył ręce do piersi, uniósł wzrok w górę, i zaczerpnął głęboki, natchniony oddech - tego nie można wyrazić słowami. Co można zrobić, to po prostu powiedzieć: Zaprezentuję siebie w tym czasie i miejscu tym ludziom.... i będę gotowy, jeśli muzyka będzie przelatywała obok. Rozpad King Crimson w 69-tym roku złamał mi serce. Jak można było....jak można było odrzucić coś takiego? Jak można było ot tak pozbyć się takiej szansy? Cóż, jako starszy człowiek jestem teraz bardziej wyrozumiały dla ludzkiej słabości - sam muszę poznać swoją. Ale wtedy w 69-tym roku po prostu nie wiedzieliśmy co mamy dalej robić. Uważałem, że cokolwiek nie zrobimy przez następne 2 lata, to będzie złe. Ale wiedziałem też, że było to coś co należało zrobić, by przedostać się na drugą stronę. Był więc album In The Wake Of Poseidon, był Islands. I potem - druga strona. Larks Tongues In Aspic - coś znów ożyło. Nigdy nie możesz być pewien, że to powróci, ale możesz powiedzieć: "Będę tam..." Gdy to się dzieje, wystarcza na następne 7 lat. A jeśli w ciągu tych 7 lat nie powróci, prawdopodobnie zrezygnujesz z życia zawodowego muzyka, gdyż jest ono naprawdę ciężkie. Być może zdarza się to raz na 2 lub 3 lata. I to wystarcza, by iść dalej. Nie może zdarzyć się podczas 2 kolejnych koncertów. Nie może zdarzyć się podczas dwóch koncertów jednego dnia. A jeśli nawet, to nie może zdarzyc się podczas 3-go i 4-go koncertu dnia następnego. Jest to niemożliwe, by podczas koncertów w ciągu dwu kolejnych dni muzyka zstępowała na ziemię. [ oddech natchnienia ] A jednak właśnie to przytrafiło się King Crimson. W nowojorskim ratuszu jesienią 1981 roku.

Moja siostra często mnie cytuje. Kiedyś zapytała mnie jak rodzi się muzyka. Powiedziałem: To tak jakby aniłoy zstąpiły na ziemię w swych rydwanach ognia dmąc złotymi trabami wprost do twojego ucha. A teraz ona cytuje swojego brata i mówi: Wiecie jak to jest, kiedy to naprawdę ożywa? To tak jakby aniłoy zstąpiły na ziemię w swych rydwanach ognia dmąc złotymi trabami wprost do twojego ucha. I moja siostra ma rację. Tak właśnie jest.

Z sali padło kolejne pytanie:

D: Powiedziałeś kiedyś, że podczas wojny z wytwórnią E.G. straciłeś swoją muzę. Jak to jest stracić muzę?

R.F: A jak to jest, gdy ktoś wyrywa ci serce z klatki piersiowej. Jak to jest gdy ktoś ściska twe płuca tak mocno, że nie możesz zaczerpnąć oddechu. Opisz mi to doznanie, a powiem ci czy odpowiada ono mojemu. Discipline Global Mobile reprezentuje zupełnie nowy model wytwórni płytowej.

D: Czy sądzisz, że główny przemysł muzyczny pójdzie w twoje ślady? R.F: NIE! W porządku - dlaczego. Dobrze. Główny przemysł muzyczny posiada 2 główne cele: Kontrola i posiadanie. Żaden proces twórczy nie może być kontrolowany lub posiadany. Istnieją obecnie 4 wielkie wytwórnie, niedługo pozostaną jedynie 3. Ich celem jest posiadanie nie tylko artysty do pewnego stopnia, ale również jego strony internetowej, czy nawet jego imenia na tej stronie. Oczywiście posiadają rezultat ich pracy. Obecny kontrakt muzyczny z wytwórnia płytową - nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę - nie tylko zastrzega prawa do albumu na świecie, ale i na wszystkich światach, których jeszcze nie odkryto. Wiedzieliście o tym? Spójrzcie na kontrakt Sony. Wytwórnia ma prawa do waszego albumu nie tylko na planecie Ziemia, ale i w całej przestrzeni międzyplanetarnej i na wszystkich formatach jakie zostaną odkryte. Podejście Discipline Global Mobile i Bootleg TV zakłada stworzenie przestrzeni w której muzyk i muzycy, publiczność i muzyka mogły się przenikać. Troską muzyka jest muzyka. Troską zawodowego muzyka są interesy.

Na samym końcu pojawiło się, jak się okazało jeszcze jedno palące pytanie.

D: Skoro Robert Fripp, jak sam powiedział - nie lubi swojej pracy, co w takim razie lubi Robert Fripp?

R.F. Spotykać się z żoną, pić szampana, obcować z moimi książkami - otwierać je na przypadkowo wybranej stronie...pić cappuchino - wszystko to lubię. Lubię być w domu, lubię robić niewiele. Lubię wśliznąć się do łóżka i nie wychodzić z niego, aż do późnego popołudnia wstając jedynie po to, by napić się cappuchino. Jeść, pić szampana z żoną - to wszystko strasznie mi się podoba. Gdybyście jednak zapytali mnie ile czasu spędzam na tych jakże cennych czynnościach - powiedziałbym: znacznie więcej niż mi się to podoba.

Półtorej godziny minęło bardzo szybko. Artysta spojrzał na zegarek, serdecznie podziękował. Życzliwy, uśmiechnięty cierpliwie zniósł ścisk związany z podpisywaniem płyt, oprócz dziennikarzy była tam również obecna grupka sympatyków King Crimson. Artysta podpisał wszystkie płyty i po kilku chwilach nieco podeptany, ale szczęśliwy dzierżyłem w dłoni plik podpisanych okładek... Tak dobiegło końca to niecodzienne spotkanie. Spotkanie z człowiekiem niezwykłym. Prawdziwym wizjonerem muzyki rockowej.