Larks' Tongues In Aspic


W czasie czterech lat istnienia King Crimson jego lider - Robert Fripp - przyzwyczaił swoich zwolenników do częstych zmian. Każda płyta nagrywana była w innym składzie i co ważniejsze - przeobrażeniom ulegała także muzyka. I tak, album wydany w 1973 roku o tytule Lark`s Tongues In Aspic zwiastować musiał kolejny etap życia Karmazynowego Króla.

Jego Wysokość groźnie marszczy brwi już w rozpoczynającej płytę pierwszej części tytułowego utworu. Mocny, hardrockowy riff po rozdzwonionym perkusjonaliami delikatnym wstępie i dzisiaj może przyprawić o migotanie komór serca. Nieco podobna sytuacja ma miejsce na debiucie King Crimson. 21th Century Schizoid Man w zaplanowany sposób, nuta po nucie, zgnieść miał naszą zdolność do odczuwania czegokolwiek, by następne kompozycje działały odurzająco i ożywczo niczym magiczny balsam. Tu jest inaczej. Słychać, że ledwie zarysowaną strukturę "Lark`s Tongues In Aspic, Part One" wypełnia rozimprowizowana gra/współpraca wszystkich muzyków. Potwierdza to notka edytorska - widnieje na niej, że twórcami utworu są panowie Cross, Fripp, Wetton, Bruford i Muir, a więc - cały ówczesny King Crimson. Niedawne wycieczki muzyczne w stronę jazzu zrobiły więc swoje.

Rytmiczną podstawę karmazynowego dworu stanowili teraz dwaj perkusiści - Jamie Muir i Bill Bruford, na którego nowe wyzwania podziałały tu jak magnes i odepchnęły od stojącego w miejscu Yes. Pojawił się nadworny skrzypek, młody i zdolny David Cross.Gitara basowa trafiła do rąk drugiego obok Crossa dwudziestoczterolatka - Johna Wettona. Do niego należeć też będzie śpiewanie tekstów napisanych na płytę przez Richarda Palmera-Jamesa. Jak zawsze na dworze, ochmistrzem jest Robert Fripp. Pod jego okiem poczyniono niezbędne starania, odbyły się próby i na przełomie stycznia i lutego 1973 roku zespół zajął londyńskie studio Command.

Mija dokładnie 30 lat od tej chwili i pomimo tego, że muzyka na przestrzeni trzech dekad zmieniła się diametralnie, czas okazał się łaskawy dla efektu pracy naszej piątki instrumentalistów. Sześć kompozycji zawartych na Lark`s... daleko wybiega poza ograniczenia stylistyczne. Z jazzu wzięte zostały improwizowane fragmenty i zmienność rytmiczna, z rocka - ekspresja i siła elektrycznych przetworników dźwięku. Wyciszone, akustyczne motywy szatkowane są przez agresywny dźwięk frippowskiej gitary, a kiedy trzeba, oba te plany współgrają z równie dobrze słyszalną wyrazistością. Każdego z muzyków stać było na pokazanie siebie z lirycznej, ale też i drapieżnej strony.

Album odbierać możemy koncentrując się na jego przeróżnych niuansach. Możemy też śledzić zróżnicowanie rytmiczne, można (mając już w pamięci motywy przewodnie kompozycji) wsłuchiwać się w tło, na które składają się pospolite i niepospolite zgrzyty, hałasy, sprzężenia... W tym sensie Lark`s Tongues in Aspic przywodzi na myśl dzieło otwarte Umberto Eco. Nie wiem tylko, co powiedziałby o tym "intelektualista rocka", jak mówi się o Robercie Frippie. Ale nawet gdyby źle ocenił to może nazbyt odległe skojarzenie, nie straszny mi jego gniew i wizja niewoli w lochach dworu Karmazynowego Króla. Pod warunkiem, że dobiegać mnie będą echa prób całego zespołu. Może usłyszę, jak powstawał kolejny znakomity album King Crimson - Starless & Bible Black.

Autor: Sebastian Cichoń