Red alert


Bezlitośni, przekorni i nie dla osobników o słabych nerwach - King Crimson stanowili elitarne siły zbrojne rocka, na czele ze starszym sierżantem, Robertem Frippem.

Słyszeliście o pozbawionym muzycznego słuchu, leworęcznym gitarzyście który nauczył się grać jak praworęczni. To nie dowcip. Mowa o Robercie Frippie, który w 1968 roku, po spotkaniu z bębniarzem Michaelem Giles'em, uruchomił bieg wydarzeń prowadzący do powstania jednego z najbardziej zagadkowych zjawisk muzycznych, kruchych i trwałych jednocześnie.

Na ówczesnych obserwatorach King Crimson robili wrażenie totalnych odszczepieńców. Ni to jazzmani grający rock, ni to rockmani grający jazz, borykający się z licznymi zmianami składu. I pomimo roszad personalnych i innych zawirowań, zespół zdołał nagrać serię przełomowych albumów i zdobyć uznanie tak rozmaitych twórców jak Yes, Genesis czy Kurt Cobain.

Biorąc pod uwagę skłonność członków zespołu do waśni, zadziwia fakt, iż w ogóle byli w stanie wspólnie coś stworzyć. Zdjęcia z tamtego okresu ukazują Frippa, urodzonego w Dorset syna agenta ubezpieczeniowego, obwieszonego runicznymi koralikami mającymi ponoć odegnać zły los. Istotnie, krążyły wówczas pogłoski jakoby nad zespołem wisiała klątwa. Jednocześnie, od momentu powstania, czyli od stycznia 1969 roku, nad King Crimson zdawała czuwać rockowa dobra wróżka...

Robert Fripp rozpoczął swą muzyczną ścieżkę w Bournemouth's Majestic Hotel Dance Orchestra, gdzie zastąpił późniejszego gitarzystę The Police, Andy Summersa. W roku 1968 nagrał wraz z Michaelem Giles'em i jego bratem basistą Peterem płytę The Cheerful Insanity Of Giles, Giles and Fripp. Chociaż "dzieło" sprzedawało się słabo, Robert i Michael postanowili kontynuować współpracę, zapraszając do niej innego członka społeczności Dorset - śpiewającego basistę Grega Lake'a oraz dwóch londyńczyków - multiinstrumentalistę, a przede wszystkim saksofonistę Iana McDonalda i autora tekstów, Petera Sinfielda. Cała piątka zaczęła wnet pracę wrzucając do muzycznego tygla elementy folku, klasyki, jazzu i, a jakże, heavy rocka.

Ze swoim sztandarowym utworem 21'st Century Schizoid Man i wielce posępną adaptacją Mars from Holst's The Planet Suite, Crimson atakował słuchaczy ognistą ścianą dźwięku i towarzyszącymi im zazwyczaj strugami świateł stroboskopów. Ich drugi oficjalny występ w londyńskim Lyceum wspomina 19 letni wtedy perkusista Yes, Bill Bruford: Mroczna strona tej muzyki, kontrola nad nią i dyscyplina naprawdę do mnie przemawiały. Nie był w swej opinii odosobniony, aczkolwiek zdarzali się oponenci. W parę tygodni później, Gordon Haskell, stary towarzysz Frippa ze szkolnej ławy i przyszły wokalista KC, stał w wypełnionym po brzegi klubie Marquee i był raczej zaniepokojony: Nie odbierałem pozytywnych wibracji, jak podczas słuchania Sierżanta Pieprza, czy też Cream, czy Traffic. Postrzegałem Crimson jako złowrogę siłę, zdolną odwieść nas od dobra i sprowadzić ku złu. Byli naprawdę potężni, tak jak potężny jest sam Szatan. Jak widać, Haskell nie wykazywał początkowo chęci aby dołączyć do karmazynowego fanklubu, o wstąpieniu do grupy nie wspominając..

Tak czy inaczej, rozgłos wokół grupy narastał. Pojawiali się nowi poplecznicy, w tym Hendrix, który ujrzał jeden z wczesnych koncertów KC w londyńskim Speakeasy. I wreszcie, 5 lipca 1969 roku nazwa zespołu ukazała się na plakacie obwieszczającym show Rolling Stonesów w Hyde Park. Utwory takie jak Epitaph z mellotronem w roli głównej, czy salwy jazzujących riffów z 21'st Century Schizoid Man jawiły się odbiorcom jako coś czego świat wcześniej nie słyszał. Występ, chociaż supportujący, dał grupie niesamowitego kopa, co Robert Fripp upamiętnił tymi słowy: Gigantyczny sukces, którego wagę przyjdzie nam w pełni docenić dopiero w nadchodzących latach.

Konsekwencją owego udanego koncertu było podpisanie kontraktu z wytwórnią Island. Muzycy czuli się pewni swych umiejętności do tego stopnia, że wzgardzili producenckim talentem Tony Clarke'a (m.inn. The Moody Blues) i postanowili sami zająć się realizacją pierwszego albumu, nagranego w Wessex Studios. In The Court Of The Crimson King, w pamiętnej okładce autorstwa kolegi Sinfielda, Barry'ego Godbera, ujrzał światło dzienne w październiku 1969 roku. Oddawał znakomicie panujący u końca dekady nastrój niepewności i paranoi spotęgowany wydarzeniami takimi jak morderstwo popełnione podczas koncertu Stonesów tego samego roku. Choć nie był to pierwszy prog - rockowy album sensu stricte, ustanowił pewien standard gatunku i wszedł tym samym do jego kanonów. Cieszył się komplementami osób pokroju Pete'a Townshenda (The Who), który określił go jako "niesamowite arcydzieło" i koniec końców dotarł do 5 miejsca na brytyjskiej top liście. King Crimson ruszył w pierwszą trasę po Ameryce.

I nadeszła klątwa. W grudniu 1969 roku, pod koniec tejże trasy, wyczerpani McDonald i Giles zdecydowali się porzucić zespół. Tyle rzeczy się ze mną wtedy działo... - wyjaśnia McDonald. Ta muzyka była niesamowita ale i bardzo mroczna. Ciężko mi było znieść ją psychicznie, mimo że była tak dobra. Michael Giles się z tym zgadza : Bardzo łatwo jest grać ponuro, wystarczy położyć lewą rękę na klawiszach i zrobić 'buuuuuum'. Wolałem coś mniej holokaustycznego.

Fripp, choć postrzegany jako założyciel zespołu, zachował się dość zaskakująco. Zszokowany posunięciem kolegów, zaproponował że odejdzie sam, byle tylko zatrzymać ich w King Crimson. Kolejnym dezerterem miał się okazać Greg Lake, którego skusiła oferta od klawiszowca The Nice, Keitha Emersona. Keith chciał utworzyć nową grupę do spóły z perkusistą Carlem Palmerem (i założył, rzecz jasna - przyp.tłum.). Tymczasem, termin nagrania drugiej płyty naglił i Fripp wraz z Sinfieldem podążyli do Wessex Studios z zamiarem ratowania sytuacji. Za niewiedzą Frippa, wytwórnia sprowadziła na próbne nagrania Eltona Johna. Po usłyszeniu Empty Sky wyżej wymienionego, Robert Fripp prędko odwołał sesję. Elton za swój niedoszły trud skasował 250 funtów... Gitarzyście udało się jednak przywieść do studia tak Lake'a jak obu braci Giles. Personel został uzupełniony przez Gordona Haskella, awangardowego pianistę Keitha Tipetta i saksofonistę Mela Collinsa. Wynik działań dżentelmenów, zatytułowany In The Wake Of Poseidon i wydany w rok po debiucie, powtórzył niezłe wyniki sprzedaży swego poprzednika. Crimson pojawił się nawet jednorazowo w Top Of The Pops wykonując kawałek Cat Food. Bill Bruford: Pamiętam, jak zdumieni słuchaliśmy tej płyty podczas pracy nad The Yes Album i głowiliśmy się - jak oni to zrobili ? Jak mamy przebić coś tak dobrego?

Niestety, wszelkie nadzieje na ustabilizowanie się składu KC miały okazać się płonne. Póki co, skład z Andy McCullochem na bębnach zabrał się za nagrywanie trzeciego albumu, Lizard. Rezultaty okazały się intrygujące, choć nierówne.Ambitny melanż free jazzowo - rockowo - klasyczny, skomponowany przez Roberta Frippa nie znalazł uznania u Gordona Haskella, który określił Lizard jako nadęte farmazony (Bob Geldof uważał, że "The Wall" należało zamknąć w 3 minutowej piosence; są więc gusta i guściki - przyp.tłum.). Haskell, w odległej przyszłości autor przeboju Harry's Bar, nie był zachwycony pierwszego dnia sesji. Nigdy nie widziałem czegoś równie durnego. Spędzali 12 godzin żeby nagrać bębny, a i tak brzmiały do dupy. Po ponad 30 latach pretensje, szczególnie pod adresem Sinfielda jako współproducenta, nie wygasły. Jakbym wiedział, że zacznie kiedyś pisać dla Bucks Fizz, to bym go wtedy walnął...

Odejście Haskella i Mc Cullocha było nieuniknione. Raz jeszcze odżyły plotki o klątwie wiszącej nad Crimson. W styczniu 1971 przybity Fripp zostawił na głowie Collinsa obowiązek przesłuchiwania kandydatów na członków zespołu. Przesłuchania odbywały się w piwnicznych salach prób Fulham Palace Road w Londynie. Niektórzy nie umieli nawet grać, kompletni frajerzy wspomina Collins. Nie wiedziałem co tam u diabła robię, sam przecież starałem się jakoś zaczepić w tym zespole na dłużej. Wśród nielicznych śmiałków jacy Collinsowi utkwili w pamięci, znalazł się były student sztuki, Brian Ferry. Nie znalazł wprawdzie miejsca w KC, niemniej za protekcją Frippa udał się do wytwórni EG i tym samym zdobył kontrakt dla swego Roxy Music.

Kolejni zwerbowani to perkusista Ian Wallace i wokalista Buz Burrel. Jako że nie udało się znaleźć odpowiedniego basisty, Fripp zdecydował że Buz nauczy się grać na basie. Buz został rzucony na głęboką wodę mówi Collins. Ian i ja nie wzięliśmy pod uwagę jak bardzo się męczył, próbując śpiewać i jednocześnie opanować ten trudny materiał, co było nie lada wyczynem. Dopiero niedawno do mnie dotarło, że Crimson po prostu do niego nie pasował.

Kłopoty nie miały końca. Po rozwiązaniu składu z '69 roku, Peters Sinfield i Robert Fripp zaczęli ostro spierać się co do kierunku w jakim KC powinien podążać. Doszło do tego, że podczas następnej trasy Fripp przestał się praktycznie do kogokolwiek odzywać. W grudniu 1971 roku KC wypuścił czwarty album, Islands. Niebawem Fripp zatelefonował do Sinfielda aby mu oświadczyć że go wyrzuca. Skomentował to następująco: Peter to bardzo utalentowany facet, ale jest w nim masa rzeczy których nie znoszę. Relacje wewnątrz zespołu pogarszały się. Kiedy w styczniu 1972 Mel Collins przedstawił Frippowi swą nową kompozycję, ten natychmiast ją odrzucił. Doprowadzony niemal do płaczu Collins opuścił salę prób. W ślad za nim poszli równie rozczarowani Burrel i Wallace. Zespół umarł, ale, niczym kreskówkowy potwór, miał się jeszcze odrodzić. Wytwórnia nie omieszkała wytknąć, iż King Crimson zobowiązany jest do zagrania jeszcze jednej trasy, w Ameryce. Tak też się stało, trasa została odbyta, po czym Collins, Burrel i Wallace dołączyli do bluesmana Alexisa Kornera. Burrel założył później Bad Company, podczas gdy Wallace stał się uznanym muzykiem sesyjnym, pracującym m.inn. dla Boba Dylana. Sinfield zajął się producją pierwszego albumu Roxy Music i pisał teksty dla włoskiej grupy progrockowej PFM oraz dla Emerson, Lake and Palmer.

Dla Frippa, ironicznie, utrata całej grupy nie oznaczała bezczynności twórczej. W 1972 wyprodukował on drugą płytę zespołu Roberta Wyatta oraz nagrał klasyk ambientu, czyli No Pussyfooting z Brianem Eno. Za pośrednictwem "Melody Maker" poznał free - jazzowego perkusistę Jamie Muira i zaczął z nim muzykować. Muir, grający na zestawie uzupełnionym o kuchenne utensylia i inne przypadkowe przedmioty, z doczepionymi sztucznymi wąsami zdecydowanie wybijał się ponad rock'n'rollowy schemat i był zaiste osobliwą personą...Zaciekawił tym Frippa, który zaprosił też do współnej improwizacji nieznanego skrzypka, David Crossa. Ten zaś zgodził się przyłączyć do krystalizującego się na nowo składu King Crimson, w którym znaleźli się jeszcze: były basista The Family, John Wetton oraz były perkusista Yes, nie kto inny jak Bill Bruford.

Nie tylko publiczność była zszokowana podczas debiutu najnowszej inkarnacji KC we Frankfurt's Zoom Club, w październiku 1972 roku. Myślałem że padnę jak zobaczyłem pierwszy raz Jamiego, wspomina Cross. Jego sceniczna osobowość nigdy nie dawała o sobie znać podczas prób... Był zawsze taki cichy i uprzejmy. Ale potem wkraczał na scenę i zamieniał się w nawiedzonego egomaniaka w futrach, plującego sztuczną krwią, miotającego wokół patelniami i Bóg wie czym jeszcze. Nigdy przedtem kogoś takiego nie spotkałem. Byłem zafascynowany i na próżno starałem się dojść, gdzie on ukrywał swoje alter ego, tę bestię...

Wbrew pozorom, wkład Muira nie ograniczył się jedynie do efektów wizualnych. Gra Bruforda uległa dramatycznej zmianie pod wpływem nonkorfomistycznej postawy szalonego perkusisty. Jestem niezmiernie wdzięczny Jamiemu, ponieważ w tamtym okresie byłem przedwcześnie dojrzałym i przereklamowanym młodym muzykiem przyznaje Bruford. Nie rozumiałem, że to nie muzyka istnieje dla mnie - ale że to ja istnieję dla muzyki. Nauczyłem się tej prostej prawdy właśnie od Jamiego.

Zimą 1972 roku Crimson ruszył w trasę, podczas której muzycy wykonywali ponad półtorej godzinny set złożony z nowego i improwizowanego materiału. Z przeszłości ocalał jedynie 21'st Century Schizoid Man. Cross lubował się w improwizacyjnej niepewności jaka cechowała ich koncerty. Znajdowaliśmy się na niebezpiecznym terytorium i kochaliśmy to; to wspaniałe poczucie wolności i świadomość, że głebia naszej muzyki jest potencjalnie nieskończona. Byliśmy trochę jak ekshibicjoniści - ryzykanci, wyprawiając niebezpieczne, okropne i absurdalne rzeczy pod nosem publiczności. Dziś ludzie oczekują że zagra im się to co już dobrze znają. Z takiego koncertu jak nasz wyszliby po 15 minutach żądając zwrotu kasy za bilety...

Bruford również ma sympatyczne wspomnienia z występów. Pamiętam że snuliśmy się jak lunatycy. Byliśmy nieco niepoczytalni. Fripp wiódł prym w tych zachowaniach, miał także zwyczaj notorycznego spuszczania gaci - co ongiś spowodało słyszalny na „Cat Food” śmiech Grega Lake'a.David Cross: To był sposób Roberta na bycie złym facetem.

Chociaż kwintet wytrwał wystarczająca długo, aby w 1973 roku zarejestrować wstrząsający Lark's Tongues In Aspic, dalsze zmiany miały jeszcze nadejść. Najpierw z Crimson zniknął Muir, przyłączając się do tybetańskiego klasztoru w Szkocji. Dziś, jako mieszkający w Kornwalii malarz, wciąż ma wiele ciepłych uczuć dla czasu spędzonego w zespole. Generalnie, byłem wtedy naprawdę szczęśliwi mogąc przebywać z tak dojrzałymi, rozsądnymi osobami, którym nie odbijało z powodu swojej wielkości. Cross szczerze żałował odejścia Muira. Był znakomity na scenie i wielka szkoda że ją porzucił. Robert Fripp postrzegał zespół bez Muira jako niezbalansowany, dążący do zamętu i chaosu - niezbyt przyjemne środowsko do przebywania, a może nawet nieco przerażające.

Następny album, Starless And Bible Black pojawił się w lutym 1974, przy czym improwizacje znacząco zdominowali Fripp, Wetton i Bruford. Cross zaczął czuć się niedoceniany. Po lipcowym koncercie w Central Parku, N.Y., poproszono go o opuszczenie grupy. Bruford żałuje tego dziś i zdaje się rozumieć sytuację w jakiej został postawiony Cross. Byłem wówczas zbyt pochłonięty tym co mnie zajmowało, aby dostrzec starania Davida o większy udział w poczynaniach zespołu. Jednakże, po datujących się od 1969 roku przejściach King Crimson znów panował i odnosił sukcesy także w Stanach. Bruford mówi o początkach nagrywania Red”: Uważałem że idzie nam świetnie i będzie z tego coś wielkiego. Niestety, sprawy zaczęły się sypać. Robert przechodził ciężkie chwile, odmawiał jakiejkolwiek komunikacji podczas tworzenia Red. Cud, że to w ogóle nagraliśmy.

King Crimson zdawał się zatoczyć koło: przy Red współpracowali współzałożyciel grupy Ian McDonald i jego następca Mel Collins. Heavy metalowe uderzenie tytułowego kawałka jak i epicki rozmach Starless świadczyły o tym, że zespół nabrał wiatru w żagle. McDonald rozważał nawet powrót do macierzystej formacji. Cóż z tego, skoro, kompletnie już wyobcowany Robert Fripp, po długotrwałym okresie kwitowania milczeniem wysiłków kolegów, oświadczył ku ich niebywałemu zdumieniu że King Crimson przestał istnieć (słynne słowa "King Crimson ceased to exist" - przyp.tłum.). Nie była to bynajmniej pochopna decyzja. Robert nie mógł znieść nacisków ze strony wytwórni, która pragnęła skomercjalizować KC. Ponadto, wizja McDonalda w zespole, której ochoczo przyklaskiwali pozostali członkowie, nie napawała go optymizmem. Jeśli wrzucisz do jednego wora solidną porcję kokainy i alkoholu z jednej strony, oraz brak smaku i subtelności z drugiej, otrzymasz zarys sytuacji jaka groziła w razie pozostawienia King Crimson w tym kształcie, skomentował gitarzysta, dodając sarkastycznie: Dorzućmy jeszcze jeden składnik to tej mikstury: członka pierwszego wcielenia KC, który porzucił zespół w grudniu 1969 tłumacząc swoje posunięcie zasadniczo tym, iż nie lubi jak gram jego muzykę....

W 1981 roku, co mogło być pewnym zaskoczeniem, Fripp wskrzesił King Crimson. Mimo przerw w działalności, Crimson zdołał wkroczyć w nowe Millenium jako zespół progresywny w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu - posuwający się naprzód i wciąż rzucający wyzwania słuchaczom swą wymykającą się klasyfikacji i prowokującą podziały gatunkowe muzyką. Dzisiejszy King Crimson, biorąc pod uwagę jego niespokojną przeszłość, jawi się jako dość okiełznana bestia.

Sierpień 2002. Mel Collins jest w swoim domu, w Niemczech, przygotowując transkrypcje muzyki dla 21'st Century Schizoid Band, grupy złożonej z wywodzących się z oryginalnego KC "odszczepieńców", zebranych razem po raz pierwszy od 1970 roku. Co za niesłychana zbieżność czasowa: dzwoni telefon. To Robert Fripp, który pracuje właśnie nad materiałem do najnowszej płyty KC, Power To Believe.

Pogratulowaliśmy sobie nawzajem udziałów w różnych projektach, jakie się nam przydarzyły odkąd nasze drogi się rozeszły śmieje się Mel. Powiedziałem mu, jak świetne moim zdaniem było to co razem robiliśmy, on z kolei przeprosił mnie za przykre słowa jakie od niego usłyszałem 30 lat temu. Robert chciałby, aby pewne sprawy potoczyły się inaczej i gdyby mógłby coś zmienić, zrobiłby to. Cieszę się że ostatecznie zawarliśmy pokój.

Tłumaczenie: Kaśka (GG 6863114)
źródło: Q CLASSIC „Pink Floyd And The Story Of Prog Rock”. “Red Alert” by Sid Smith.